Wiersze

Spacer 

Wyludnione miasteczko albo makieta filmu.
Otwarte bramy czekają na powrót gospodarzy.
Syte koty w plamach słońca i ich przymrużone oczy.
Szczęście według Epikura to rozmowa o filozofii
z przyjacielem we własnym ogrodzie.
A może szczęście to poranny spacer,
w którym zastyga się  jak w bursztynie.
Szczególnie kiedy wszędzie
bizantyjski przepych. Złoto i purpura.
Tyle śmierci tej jesieni – mówi M.
Niech wiersze jak płonące lipy i klony
stają naprzeciw ciemności.

 

W dolinie zamarzniętej rzeki

Głęboki śnieg.
W śladach twoich butów – moje.
Odtąd idziemy razem po duktach dzieciństwa
i snach kołujących nad głowami jak stadko gołębi.
I gdyby ktoś przyszedł po nas i czytał ten las jak książkę,
pewnie by nie zobaczył, że ludzi było dwoje,
przebiegło kilka jeleni, niespiesznie przeszła kuna
i jakiś samotny człowiek zapadał się w puchu.
Nie wędrujemy sami. Są z nami nasze cienie.
Coraz dłuższe i bardziej mrukliwe. I kocą się zdarzenia,
wciąż na świat sprowadzając ślepe i bezbronne. 

 

Intymność roślin  

podglądam kwietniową orgię
wycelowane w niebo jak działa przeciwlotnicze
napięte do czerwoności żółte zielone białe
słupki pręciki z pyłkiem kleiste znamiona
wabienie zapylanie laboratorium flirtu
szkoła uwodzenia rozpinam kolejny guzik
podać się za kogoś sparaliżować wonią
słodki nektar miłości intymność na wierzchu
albo skryta głęboko pośród falbanek,  płatków

trzmiele motyle chrząszcze słoneczni kochankowie
przybywajcie

 

PODRÓŻ

Wyruszam w długą podróż. Do ciepłych krajów.
Tu krople wciąż spływają po grzbietach dachów.
Wiatry w szczelinach wyją. Obłęd narasta.
Jestem we mgle pogrążona. Jak większość świata.
We mgle, w której nocami lęgną się demony.
Wciąż za bardzo pamiętam twój głos, zapach i dotyk,
żeby tutaj pozostać. Żebrząc modlitwy układam,
czas na ratunek wzywam choć wiem, że on mnie zniszczy.
Cierpliwie jak morfina.

 

CZAS

Jesień jak zakazana miłość.
W szeleszczących liściach
więcej nadziei niż pożegnań.
Jeszcze tak daleko nie wędrowałam
żeby odnaleźć siebie.
Klepsydrę można odwrócić
i patrzeć jak ziarenka piasku
przesypują się od nowa

 

JESIEŃ. Milanówek: Starodęby

Nie przyzwyczajała nas do siebie,
nie nadchodziła pomrukując z oddali.
Jednej nocy otuliła nas mroźnym oddechem,
który zerwał wszystkie liście z drzew,
a z żywych wyssał nadzieję.
Dęby jak szamani wznoszą do nieba splątane gałęzie.
Modlą się o łagodną śmierć dla świata

 

W GÓRZE

W wierszu o tobie i o mnie muszą latać ptaki.
Wznoszenie opadanie na ciepłych falach oddechów
W mroku rzeźbisz pieszczotą jasne ciało kochanki.
Czy w podarowanym nam od losu czasie możemy śnić
o tym samym? Lecimy nad miastem.
Ziemia pachnie inaczej niż wszystko dotychczas.
W dole neony życia pulsują i drgają jak jazz Tomasza Stańki
Tramwaje iskrzą, zgrzytają na zakrętach Czasu.
Nie wierzę w Przeznaczenie to raczej Przypadek
Albo coś jeszcze innego, czego nie rozumiem.
Rozświetlasz mnie od środka i palców płomienie
gasisz na moim brzuchu. Boże widzisz i nie grzmisz?
Boże stworzeń kruchych. Istot marnych i głupich
Obejdź się z nami łagodnie. Kochamy. Żyjemy.

 

LIST Z JASTARNI DO VAN GOGHA

Port w Jastarni jest mały.
Z jednej strony statki i zapach nieświeżych ryb,
z drugiej połatane kutry rybackie – dziecięce łódki
niebieskie jak niebo i żółte jak piasek w słoneczne dni.
Na każdym miniaturowa kabina najwyżej na jedną osobę.
Na drewnianych tabliczkach zaklęcie „Bóg z nami”
– ile sztormów pozwoliło przetrwać?
Pokochałbyś to miejsce panie Van Gogh
choć z rodzinnej północy uciekłeś na południe do Francji.
To Holandia, do której dodano kolor – mówiłeś
patrząc na winnice na stokach, gaje oliwne
i przejrzyste niebo.
W Jastarni jest jasno. Światło i woda.
Między Zatoką a otwartym morzem,
można przejść nawet w dziesięć minut.
Mógłbyś malować rybaków o surowych ruchach
i ich dzieci z niepokojąco białymi włosami.
Mógłbyś malować mewy – krzykliwe towarzyszki ludzi
albo języki słońca na Zatoce.
Po jakimś czasie wpisałbyś się
ze swoimi sztalugami w krajobraz portowy
jak teraz ja z twoimi Listami do brata.
Starajmy się polubić nasz los
taki jaki jest
– pisałeś do Theo
w połowie pastor, w połowie artysta.
Grudy ziemi, żółta trawa, miękkie zboże,
drzewa migdałowca oblepione różem kwiatów,
mięsiste słoneczniki, cyprysy, ascetyczne wnętrza pokoi,
listonosze, szewcy, urodziwe Artezjanki.
Kawą, absyntem i szaleństwem uzyskałeś odpowiednie żółcie.
W miejscowych burdelach znieczulałeś smutek,
nierozważnie wydając niewielką pensję od brata.
Chciałeś wierzyć, że choroby czasem leczą.
Wiedziałeś, że samotność zabija?

 

A FORCE DE LA NATURE

Być jak perz
Wcisnąć się w każdy szczegół muru,
w każdą szczelinę,
w każdy fragment krajobrazu.
Wieczny i niemy
z korzeniami rozrośniętymi
w wielu kierunkach
Mieć jego siłę,
jego wolę trwania.
Odwagę wzrastania
mimo naderwanych części

 

LUBIĘ O TOBIE MYŚLEĆ

Lubię o tobie myśleć. Idziesz wąwozem miasta
Z samotnością jak gazetą zwiniętą pod pachą.
W mglistym świetle pomarańczowej latarni
tańczą liście. Dziki jest dzisiaj wiatr.
Spaliśmy jeszcze kiedy na środku zatłoczonej ulicy
Wyrosły dwa drzewa. Ty i ja.
Mówisz, że miłość nie zawsze jest smutna.
Miłość jest dzika. Jak wiatr.

 

NIE MOGĘ SPAĆ KOCHANY

Nie mogę spać kochany. Widzę stojąc w oknie
nad facjatkami wtulonymi w głęboką czerń nocy,
po bordowych dachach trzypiętrowych kamienic
spacerują kobiety z twoich snów wyrwane. Nagie.
Jak koty milczące. I blade jak księżyc.
Kto jeszcze je tu widzi? Czy teraz powrócą
w objęcia mężczyzny, który je wywołał?
Boginie snów, kochanki, co znikają rano
zostawiając zapach rozsypanych włosów
na poduszce. Na powiekach. Na czubkach
odrętwiałych palców.

 

W PROSTOKĄCIE

W prostokącie szpitalnego okna
jak w obciętym kadrze
drzewa – zapałki w równych rzędach
bez korzeni i koron
bez początku i końca
każdy dzień sterylny
jak obojętność.
W prostokącie istnienia
tu i teraz
ważne jest tylko
moje ciało.
Czas – stukot butów pielęgniarek.
Ludzie się rodzą
Ludzie umierają

 

HOMO VIATOR

Dla P.

Boga nie możesz obrazić. Nawet jeśli próbujesz roztrzaskać się o mur terenowym samochodem.
Choć jak widać łatwiej powierzyć sprawę publicznym szpitalom.
Zabrałeś ze sobą wiersze. Akurat wiersze chciałbyś ocalić.
Ale dzisiaj świat jest niechętny poetom; są monochromatyczni.
Za często myślą o przemijaniu. Za życia dopominają się o uwagę, występując w prowincjonalnych domach kultury.

Tu gdzie Ciebie nie ma – na Nowym Świecie, na Krakowskim Przedmieściu, na Powiślu, na Mokotowie,
we wszystkich tramwajach 33 – powoli znikają twoje ślady. Kieliszki już umyte albo zbite.
W szklance pleśnieje niedopita kawa.
Zniknęło odbicie potarganych włosów w szybach miasta.
Łuk pleców, gdy pochylony nad kartką szarpiesz kolejne wersy poematu.
Podobno tych co w drodze nie można zatrzymywać.
Na Facebooku zastukałeś w dniu swoich urodzin. Jak wygasła gwiazda, której światło wciąż błądzi we wszechświecie.
Patrzę w lustro – mój strach ma teraz twoje oczy.
Boga nie można obrazić. Na pewno nie brakiem nadziei.